10 umiejętności, które zdobyłem będąc ojcem

Rodzicielstwo to poświęcenie. W czasie, kiedy decydujemy się na posiadanie dzieci, rezygnujemy między innymi z własnego rozwoju. Lata spędzone z maluchami i na ich wychowaniu, to konieczność odwieszenia na kołek kariery zawodowej. Można na ten problem spojrzeć właśnie w taki jednostronny sposób i narzekać. Można też dostrzec w tym szansę na zdobycie umiejętności, o które gdzie indziej bardzo trudno. Oto moje doświadczenia.

Odpowiedzialność za innych

Pod tym hasłem rozumiemy obowiązek zadbania o bezpieczeństwo dziecka, o jego sytuację materialną i zaspokojenie podstawowych potrzeb. Brzmi to jak obowiązek. Wolę na to spojrzeć jednak od innej strony. Wzięcie odpowiedzialności za drugiego człowieka, to też wypełnienie nim całego swojego życia. Świadoma decyzja o tym co robię, a z czego rezygnuję, by móc w całości zaangażować się w obecność dla drugiego. Takie postrzeganie relacji przełożyło się na mój stosunek do współpracowników i podwładnych. Sytuacje, które kiedyś wywoływały moją irytację (traktowałem je pretensjonalnie), dziś staram się zrozumieć, pomóc rozwiązać, wziąć współodpowiedzialność.

Organizacja czasu w warunkach ekstremalnych

Dzieci wymagają praktycznie stale naszej uwagi. Mniejsze są w tym szczególnie wytrwałe i czasem wręcz nachalne. W takich warunkach praca zawodowa w domu jest ogromnym wyzwaniem. Kiedy jednak nie ma innego wyjścia, koniecznie trzeba znaleźć rozwiązanie. Dzięki takiej zaprawie mam opanowaną do perfekcji możliwość reagowania na różne potrzeby, utrzymując jednocześnie koncentrację na zadaniu, które realizuję. Jest to umiejętność rejestracji gdzieś na obrzeżach świadomości wydarzeń w otoczeniu przy jednoczesnej koncentracji na pracy zawodowej. Do tego dołączyłem listy, notatki i zadania, które pomagają mi szybko wrócić do przerwanej pracy. W ten sposób mogę się zresetować w zależności od sytuacji. Wychodzę do lekarza na umówioną chwilę wcześniej wizytę u lekarza bez przerywania wątku, nad którym pracuję. Nie spełnia to oczywiście wymagań maksymalnej efektywności, bo ta opiera się o utrzymywanie koncentracji na jednym zadaniu. Myślę tutaj raczej o utrzymaniu skupienia pomimo rozpraszających wydarzeń.

Ciągłe przesuwanie granic cierpliwości

Wielokrotnie popadałem w zdumienie nad twórczym i wytrwałym podejściem dzieci do ćwiczenia wytrzymałości rodziców. Tego rodzaju prowokacje są o tyle niepowtarzalne, że nie można powiedzieć „stop”. Nie można obrócić się na pięcie i wyjść. Zdarzają się takie momenty, że jako rodzice jesteśmy już daleko poza granicami własnych możliwości. Nie da się wyłączyć płaczącego kolejną noc z rzędu niemowlaka. Nie ma jak odwołać pilnego wyjazdu na SOR po ciężkim dniu w pracy. Innym doświadczeniem są celowe prowokacje starszych podopiecznych, które nierzadko trafiają bardzo celnie w słabe punkty opiekunów. Pryszczaty nastolatek ma dużo mniej do stracenia niż rodzic, dlatego w swoim zachowaniu potrafi posunąć się bardzo daleko, byleby tylko postawić na swoim. Trzeba wtedy panować nad emocjami wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Przyznawanie się przed innymi do słabości i niedoskonałości

Mówienie wprost o własnych błędach jest trudną sztuką. Boli, kiedy trzeba odsłonić się przed drugim człowiekiem. Zrobić to przed własnym dzieckiem? To już jest mistrzostwo. W naturze rodziców tkwi tendencja do wybielania swojej postawy. Rodzi się z przekonania, że dorosły wie lepiej i ma prawo, a czasem wręcz obowiązek pouczyć młodszego. Przyznanie się do porażki stoi w sprzeczności z takim postrzeganiem własnej osoby. Jednak, jak mogłem się o tym wielokrotnie przekonać, pomaga niesamowicie we własnym rozwoju i w pracy nad słabościami. Staram się też tą umiejętność wykorzystywać w pracy zawodowej. Po kilku takich „spowiedziach” przed dziećmi oddzielanie problemu od człowieka przychodzi zdecydowanie łatwej.

Dystans do życia i siebie samego

Po ćwiczeniach w przyznawaniu się do błędów łatwiej też nabrać dystansu do życia i do siebie samego. Co ważne, jest to umiejętność bardzo praktyczna. Pomaga w zachowaniu jako takiej równowagi wewnętrznej, kiedy jest się pod ciągłą obserwacją kilku par małych oczu. Ocenianie siebie z przymrużeniem oka jest również niezbędne w roli rodzica.  Ciągle przybywamy z dziećmi, a one obnażają wszelkie wady i słabości. Wychodzą one z nas zarówno w sytuacja ekstremalnych, takich jak duże zmęczenie czy stres, ale również w postaci nieuniknionych porażek wychowawczych. Te ostatnie są właśnie wiernych zwierciadłem naszych słabych stron. Ciągłe przeglądanie się w takim lustrze niesamowicie unaocznia nam nieprawdziwe hipotezy, jakie stworzyliśmy na swój temat.

Beztroska czyli „życie bez trosk”

W nabywaniu tej umiejętności pomaga mi zarówno obserwacja jak i doświadczenie. Patrząc na swoje dzieci czasem próbuję odgadnąć, o czym mógł myśleć Jezus, kiedy powiedział: „Jeżeli nie staniecie się jak te dzieci…”. Porównanie to ma niesamowicie wiele warstw. Są wśród nich i takie, które można dostrzec jedynie przebywając wśród maluchów. Przez analogię więc, skoro dla tak małych, nieporadnych i niezaradnych osób Bóg urządził tak świat, że potrafią przeżyć i stać się osobami, które mogą zmieniać świat, to o ile bardziej bezpiecznie czuć się mogę ja. Do tego dochodzi też perspektywa oceny rzeczywistości. Dla dorosłego trudności dzieci są sprawą prostą, a czasem wręcz trywialną. Spoglądając na troski dorosłych z perspektywy wieczności można dojść do analogicznych wniosków.

A doświadczenie? Tutaj wyjaśnienie jest proste. Tyle przygód, problemów i przeszkód, jakie może sprowadzić mały człowiek na normalny dom, sprawia, że serce i umysł rodzica hartuje się nieprawdopodobnie. Po tym właśnie można poznać „rodzica po przejściach”. Trudno go czymś zaskoczyć, bo widział już wszystko. A jak widział wszystko to i martwić się już nie ma czym.

Zachwyt nad szczegółami i radość z rzeczy małych

Czasem robię takie doświadczenie. Klękam koło dziecka, by pooglądać świat z jego niskiej perspektywy. Staram się dostrzec różnice. Szukam tego czego nie widać z góry. Dzięki temu zauważam szczegóły, które na co dzień wydają się zwykłe i banalne. Jestem w stanie sobie wyobrazić taki stan umysłu, w którym trudno jest rano wyleżeć w łóżku, bo ciekawość rozsadza duszę. Bo tyle jest jeszcze do zobaczenia, do zbadania, do spróbowania. Z takiej umiejętności rodzi się ogromna wdzięczność za wszystko. Będąc dorosłym, łatwo bardzo jest wpaść w kanał przyzwyczajeń. Założyć, że wszystko co mamy, nam się należy. Jak więc dziękować za oczywistości? Niedawno, kiedy tłumaczyłem dziesięcioletniemu synowi dla mnie proste zjawisko związane z rozcieńczaniem alkoholu, usłyszałem, wypowiedziane z podziwem: „… ale ten świat jest skomplikowany!”. Takie słowa może powiedzieć tylko ktoś, kto patrzy oczami dziecka. I przypomniałem sobie, że ja przecież też, jeszcze kilka lat temu, czułem taki sam zachwyt.

Walka z egoizmem

Ten rodzaj nauki kosztuje mnie chyba najwięcej wysiłku, ale też daje sporo satysfakcji. Początek pracy to zaspokojenie potrzeb małego człowieka. Trzeba działać zaraz, natychmiast a i tak jest za późno. W początkowym okresie ciężar pracy spada na matkę i ojcu łatwiej się od niej wykręcić. Jednak nie żałuję, że podjąłem ten wysiłek, by się w nią zaangażować. Dorastałem do niej jednak powoli, z każdym kolejnym dzieckiem przychodzącym na świat coraz bardziej.

Przy starszym pojawia się kolejne wyzwanie. Trzeba zrobić mu miejsce w swoim życiu. Zaangażowanie w budowę własnego domu, otoczenia, rodziny nakręca poczucie posiadania, prawo do dysponowania swoją własnością. Dorastający nastolatek oczekuje możliwości udziału w decydowaniu, jednak nie wiąże się ono automatycznie z obowiązkiem ponoszenia konsekwencji. Wiele z takich decyzji wymaga ode mnie zastanowienia się i rozważenia czy chęć powiedzenia „nie” wynika z egoizmu czy z troski o rozwój dziecka. Jeżeli to pierwsze, to jest to dla mnie kolejna okazja do przekroczenia siebie, do zmiany. Korzystając z tej nauki mam coraz większą łatwość dzielenia się tym, co posiadam.

W rozwijaniu dystansu do materialnej strony życia pomaga również preferowana przez maluchów i stosowana nagminnie nauka przez doświadczenie. Skutkiem takich eksperymentów jest psucie wszystkiego, co da się zepsuć. A nawet jak się zepsuć normalnie nie da, to bywa, że i to jest mierną przeszkodą dla wyobraźni dziecka. Jedynym ratunkiem jest wtedy cytat z Księgi Hioba: „Bóg dał, Bóg wziął …”.

Wiara w niemożliwe

Dwadzieścia lat temu, gdyby ktoś zaproponował mi zajęcie się gromadą pięciu chłopaków, stwierdziłbym, że nie dam rady, że przerasta to moje możliwości. Do tego jak to wszystko ogarnąć czasowo, finansowo, mentalnie? Było to dla mnie niemożliwe do zrealizowania. Nawet teraz, gdy ktoś zagaduje jak sobie radzimy w tak licznej rodzinie, to nie jestem w stanie wytłumaczyć wszystkiego logicznie.

Można spróbować obrazowo to opisać wykorzystując właściwości perspektywy. Spoglądanie na wysoką górę u jej stóp sprawia, że wspinaczka wydaje się bardzo trudna. Wejście na ścieżkę i skupienie się tylko na kolejnych krokach pozwala całość podzielić na mniejsze, a tym samym wykonalne, zadania. Jednak nie tylko sposób patrzenia na trudności jest kluczem do zagadki. Jestem przekonany, że wiele w tych paradoksach jest łaski i błogosławieństwa od Boga. Nie jesteśmy, jako rodzice, sami. Nie są to też oczywiście jakieś spektakularne cuda. Ta opieka najczęściej przejawia się w życzliwości i przychylności osób dookoła nas.

Wartościowanie, czyli umiejętność wybierania tego, co jest najważniejsze w życiu

Kiedy wyobrażam sobie siebie jako osobę samotną, to widzę skupienie na rozwijaniu kwalifikacji zawodowych oraz gonienie za powiększaniem majątku. W rzeczywistości jestem jednak ojcem i mężem. Dzięki temu sprawy materialne są dla mnie istotne, ale dopiero we właściwej kolejności. Wcześniej jest obecność z drugą osobą, czas spędzony z rodziną. Taka kolejność nie wynika wprost z samego faktu posiadania rodziny. Dzieci są dla mnie papierkiem lakmusowym. Nauczyłem się, że najlepszą metodą wychowawczą jest czas, który spędzam z nimi. W momentach, w których zaczyna mi doskwierać ich rozrabianie, kiedy mam do nich pretensje o sposób, w jaki się do mnie odnoszą, zastanawiam się, czy nie zaniedbałem wspólnej modlitwy, wspólnych zajęć, rozmów, zwykłego bycia razem. Prawie zawsze jest odpowiedź twierdząca. Tak, skupiłem się nadmiernie na sobie, na swoich obowiązkach zawodowych, pozwoliłem, by kłopoty w pracy wzięły górę nad relacjami w rodzinie. Nie potrafię sobie wyobrazić innej sytuacji, która by mnie tak szybko dyscyplinowała.

Na wstępie porównałem moje doświadczenia wychowawcze do umiejętności zawodowych. Jestem przedsiębiorcą i z takiej perspektywy patrzę na pracę. Najlepszą szkołę życia dała mi wielodzietna rodzina. To, jakim jestem szefem, jaką przeszedłem drogę od czasu studiów, jest wynikiem właśnie bycia z dziećmi. Nie zawsze to było dla mnie takie oczywiste jak jest dziś, ale jestem dumny z tego, że jestem ojcem i nie zamieniłbym tego na inne życie.

About

You may also like...

Comments are closed.