Dziecko, internet i rodzice

W sytuacji, w której ktoś winiłby młotek za to, że spowodował stłuczenie palca, pewnie zareagowalibyśmy uśmiechem. Podobnie jest przy korzystaniu z internetu i komputera. Jako narzędzia nie są one ani dobre ani złe. To ich wykorzystanie możne przynosić skutki pozytywne lub negatywne. Na rodzicach więc spoczywa szczególna odpowiedzialność, by nauczyć dzieci poruszania się w świecie wirtualnym.

Prehistoria sprzed 20 lat

Stwierdzić, że internet to tylko narzędzie, jest łatwo. Trudniej jednak znaleźć sposób, w jaki powinniśmy go obsługiwać. Mój pierwszy komputer, z jakim miałem styczność, to składak z systemem windows 95, który rodzice kupili mi w ostatniej klasie liceum. Pamiętam do dziś jak wyłączenie go przyciskiem na obudowie spowodowało uszkodzenie systemu. Musiałem czekać tydzień na naprawę. Zrobiłem tak, ponieważ wcześniej uczyłem się obsługi komputera z MS-DOS, który można było w ten sposób wyłączyć.

Dla tych co nie wiedzą, krótki spoiler. MS-DOS to magiczny czarny ekran z białymi znaczkami. Był to pierwszy system firmy Microsoft. Nauka obsługi komputera w szkole sprowadzała się wtedy do programowania w języku TURBO PASCAL. W tych placówka edukacyjnych oczywiście, które miały komputery. Sporo jednak ich nie miało więc obcowanie z nowoczesną techniką sprowadzało się do pisania znaczków i algorytmów na kartach w zeszycie. Z czasem powiły się nakładki graficzne, stanowiące pierwowzór „okienek”. Zdecydowanie ułatwiały one obsługę i nie wymagały już takiej liczby komend wpisywanych z pamięci w wierszu poleceń. Można było wreszcie klikać.

Postęp technologiczny i pierwszy kontakt z internetem

Od tamtego czasu minęło niewiele ponad 20 lat, a urządzenie, które wzbudzało kiedyś mój zachwyt, miało parametry wielokrotnie gorsze niż to, co moje dzieci naszą w kieszeni do szkoły. Chodzi oczywiście o smartfony.

Z internetem spotkałem się dwa lub trzy lata później podczas studiów. Pamiętam te magiczne zajęcia, kiedy czekaliśmy na załadowanie się strony www jakiejś uczelni. Po kilku nieudanych próbach wreszcie się pojawiła. Na lekcjach informatyki zakładaliśmy skrzynki e-mailowe. Powoli startowała polska wyszukiwarka onet.pl (portalem stała się później). Google.com pewnie też raczkowała, ale o niej usłyszałem dopiero po zakończeniu studiów.

Nowe narzędzia i stare wyzwania

Czasy ciekawe, magiczne i pewnie idealizowane we wspomnieniach. Jednak, co ważniejsze, diametralnie inne od tych, w których dorastają moje dzieci. Świat się zmienił, tak jak zwykł się ostatnio zmieniać. Jedno pozostało stałe. To na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za to, by nauczyć swoje dzieci poruszania się po nim bezpiecznie. Jak jednak to zrobić, kiedy samemu się go nie rozumie?

Rodzaje zagrożeń w internecie

Warto na początek usystematyzować rodzaje zagrożeń, na jakie można trafić w internecie:

  • te związane z dostępem do nieodpowiednich treści,
  • kontakt z osobą, z którą dziecko nie powinno go mieć, bo stanowi to dla niego zagrożenie,
  • podejmowanie przez dziecko działań, które mogą przynieść dla niego lub dla innych osób negatywne konsekwencje.

Nieodpowiednie treści

Pierwsze z zagrożeń to możliwość niekontrolowanego dostępu dziecka do treści, które są nieodpowiednie dla jego wieku lub wprost są takimi, które łamią prawo. Do tych pierwszych zaliczamy między innymi zdjęcia erotyczne lub pornograficzne, ale także takie, które promują szkodliwe dla zdrowia nadmierne odchudzanie lub zainteresowanie okultyzmem. W czasach, w których ja byłem dzieckiem, dostęp do zdjęć erotycznych był zdecydowanie trudniejszy. W czasach szkoły podstawowej pamiętam jedno takie zdarzenie, kiedy koledze udało się przemycić kolorowy magazyn z dużą liczbą zdjęć. Dziś wystarczy w przeglądarce internetowej wpisać odpowiednie słowo.

Niebezpieczne związki

Drugiemu rodzajowi zagrożeń sprzyja anonimowość w internecie. Różnej maści przestępcy w tym pedofile są w stanie podszyć się pod osobę, która wzbudza zainteresowanie dziecka. Małego człowieka cechuje wrodzone zaufanie do świata, co ułatwia taki kontakt. W jednej z ostatnich rozmów, jakie miałem na ten temat, zaskoczył mnie argument, który usłyszałem. Chciałem poznać szczegóły rozmowy internetowej mojego syna z kolegą, z którym wspólnie grał. Usłyszałem, że po drugiej stronie na pewno był dziesięcioletni chłopak, bo tak napisał i przedstawił się z nazwiska. Chłopiec założył, że przestępca by tego nie zrobił.

Niebezpieczne zachowania

Wreszcie ostatnia grupa niebezpieczeństw to cyberprzestępstwa oraz seksting. Pierwsze z nich to działanie w wirtualnym świecie, którego celem jest pozyskanie chronionych informacji, łamanie zabezpieczeń czy kradzież. Nimi właśnie może się zainteresować nasze dziecko.

Seksting to publikacja intymnych zdjęć i filmów wykonanych telefonem lub komunikatorem innym osobom bez ich zgody lub niezgodnie z prawem, jeżeli dotyczą osób nieletnich.

Skąd bierze się zagrożenia?

Najczęściej wymienianą zmienną, która ma oceniać sposób korzystania przez dziecko z internetu, jest czas, jaki spędza ona w świecie wirtualnym. Dostępne są dane, które podają, ile dziecko, w zależności od wieku, powinno siedzieć przed komputerem. Jedno wiedzieć, a drugie to zmierzyć i kontrolować. Miara prosta, pod warunkiem, że nie zaczniemy jej wdrażać w życie

Jak kontrolować czas?

Obecnie dostęp do internetu jest możliwy praktycznie przez cały dzień. Można go jeszcze w miarę nadzorować jeżeli dziecko nie posiada smartfona i ma dostęp do jednego urządzenia w domu. Jak takich urządzeń w otoczeniu jest sporo i dzieci mamy kilkoro w różnym wieku, to kontrola każdego z nich staje się niewykonalna. Umowy z dzieckiem w takiej sytuacji są mało skuteczne. I nie chodzi tutaj o brak zaufania lub nieposłuszeństwo. Ciekawość malucha jest tak duża, że nie jest on w stanie kontrolować swojego zachowania bez pomocy z zewnątrz. Do tego chwile, kiedy trzeba zderzyć się z żalem i rozczarowaniem, a czasem złością i frustracją są bardzo trudne. Tak się dzieje, kiedy chcemy mu odebrać ulubione urządzenie.

W przypadku dzieci młodszych (do około 7 lat) w naszym domu najlepiej sprawdza się całkowity brak dostępu do komputera, tabletu i smartfona lub dostęp bardzo sporadyczny. Wszelkie inne modyfikacje doprowadzają do sytuacji, w której musimy przyjmować wobec dzieci rolę bezwzględnego egzekutora niszczącego najlepsze chwile dzieciństwa. Kiedy tablet „się zgubi”, ku naszej ogromnej uldze, problem znika, a dzieciom wcale nie brakuje tego rodzaju rozrywki. Szybko o niej zapominają.

Czas na kupno smartfona

Maluch jednak rośnie i dowiadujemy się pewnego dnia, że ustawowym obowiązkiem rodzica, takim jak zapewnienie pożywienia i dachu nad głową, jest również kupno smartfona z dostępem do internetu. To czy należy tej presji się poddać, a raczej, kiedy należy się jej poddać, stanowi temat do osobnej dyskusji. Faktem jest, że w tej sytuacji dzieci wywierają na rodzicach ogromną presję.

Do tego dochodzi jeszcze inna prawidłowość. Kiedy dzieci w rodzinie jest kilkoro, oczywistość posiadania takiego urządzenia „rozchodzi się” na wszystkich bez względu na wiek. Skoro ma starsze, to musi mieć i młodsze. Utrzymanie przyjętego z góry wieku, od którego kupujemy dziecku telefon, wymaga heroicznego zaparcia. Sprawę komplikuje dodatkowo różne tempo dorastania każdego z podopiecznych. U nas wiek 8 lat wydawał się być odpowiednim przy pierwszym i drugi dziecku. Przy trzecim trzeba było zaczekać aż 10 lat, a i tak prawdopodobieństwo, że telefon „się gdzieś zgubi” było ciągle bardzo duże.

Niby jest oprogramowanie, ale nie działa

Prostym rozwiązaniem do kontroli czasu spędzanego w świece wirtualnym wydaje się zastosowanie odpowiedniego oprogramowania. W założeniu ma ono przejąć za nas ten obowiązek. Pierwsza przeszkoda, jaka się pojawia, to różnorodność urządzeń, do których dziecko ma dostęp. To pociąga za sobą różne systemy operacyjne. Jest na przykład kontrola rodzicielska firmy Microsoft. Wymaga ona jednak, by dzieci korzystały z Windowsa 10 w domu i posiadały telefony z systemem tej firmy. Wymaganie trudne do spełnienia.

Na komputerze domowym przetestowałem oprócz tego rozwiązania jeszcze kilka innych i nie znalazłem takiego, którego dzieci nie byłby w stanie unieszkodliwić. Po kilku próbach poddawałem się, bo obowiązek stania z zegarkiem w ręku zmienił się na obowiązek naprawiania, ustawiania i wymyślania kolejnych haseł. Doszedłem do wniosku, że jeżeli rodzic nie posiada odpowiedniego wykształcenia informatycznego, to jest na straconej pozycji. Nie ma tyle czasu co dziecko, by poszukać na odpowiednich stronach internetowych i poradnikach jak można obejść konkretne zabezpieczenia.

Takie są moje doświadczenia, choć jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dziecko nie wykazuje zainteresowań informatycznych i nie grzebie w systemie. Wtedy raz skonfigurowany program kontrolujący będzie funkcjonował stale. Nawet jeżeli ogarniemy ten aspekt to i tak nie powinniśmy rezygnować z kroku kolejnego. Jest nim zaproszenie do świata dziecka i przebywanie w nim na warunkach, jakie ono akceptuje.

Przegrana rola autorytetu

Jedna z rozmów uświadomiła mi, jak bardzo jesteśmy na przegranej pozycji, jeżeli staramy się przyjmować rolę autorytetu w tej dziedzinie. Wymienialiśmy z innymi rodzicami nasze doświadczenia na temat tego jak dzieci szybko i wcześnie głupieją na widok telefonu lub tabletu. Przysłuchując się drugiej stronie dostrzegłem, że robimy to samo, za co krytykujemy nasze dzieci.

Maluchy patrzą na nas i widzą, że spędzamy każdą wolną chwilę patrząc w wyświetlacz. Z naszego punktu widzenia — jako dorosłego —  ten czas pewnie jest różny. Część z niego to faktycznie gapienie się dla rozrywki, ale jest też część służąca komunikacji z innymi i po prostu praca zawodowa. Nie sumujemy tego i nie liczymy. Z punktu widzenia dziecka jednak jest to ciągle to samo patrzenie w mały, świecący prostokącik. Maluch zapewne dochodzi do wniosku, że skoro rodzice tak często tam zaglądają, to na pewno jest tam coś ciekawego i ważnego. Wreszcie udaje mu się niepostrzeżenie to magiczne urządzenie wykraść. Zagląda i … faktycznie jest tam czarodziejski świat, który reaguje na każde dotknięcie palcem. Potem jednak dowiaduje się, że nie wolno, że to szkodzi i sprawia, że staje się „społecznie niedostosowany”. Jak to teraz zrozumieć i pogodzić ze sobą?

Jak uczyć używać skoro sami nie potrafimy tego robić?

Wielu spośród rodziców, a ośmielę się stwierdzić, że większość z nas, sami mamy problem z prawidłowym korzystaniem z internetu. Myślę tutaj głównie o nieefektywnym wykorzystywaniu czasu i przenoszeniu relacji rzeczywistych do świta wirtualnego. Efektem tego są godziny zmarnowane na bezmyślnym przeglądaniu wątpliwej jakości stron internetowych, nagminnym oglądaniu seriali czy publikowaniu nikomu niepotrzebnych informacji i zdjęć na portalach społecznościowych. Karmienie się śmieciowymi informacjami analogicznie jak napychanie się fast foodem. Nasi podopieczni to widzą i bardzo szybko wyłapują rozbieżność między postępowaniem rodziców, a tym co mówią. Nie możemy więc pouczać, bo sami się musimy nauczyć.

Cudowny świat dziecka

Dziecko dorasta i najprawdopodobniej już w szkole podstawowej będzie sprawniej posługiwało się nowymi technologiami niż my dorośli. Nieważne jednak jak bardzo świat będzie się zmieniał pod wpływem postępu, zawsze podstawowe wartości moralne się nie zmieniają. To na tym aspekcie powinniśmy się skupić. Można kompletnie nie rozumieć pojęć takich jak dramy, beki, followersi, jednak nie przeszkadza to, by w tym wszystkim uczyć dziecko szacunku do drugiej osoby, akceptacji siebie czy kulturalnego zachowania. Na własne zacofanie technologiczne jest bardzo prosty sposób. Trzeba zapytać dziecko i dać się, tym co ma do powiedzenia, zainteresować. Nie oceniać, nie mądrować się, ale słuchać. Jeżeli zrobimy ten pierwszy krok, to przyjdzie czas, gdy nastolatek będzie pytać nas o radę. Zainteresuje się tym, co mamy mu do przekazania.

Każde dziecko jest inne i inaczej reaguje na kontakt z internetem. Przy każdym też trzeba szukać innego klucza do otwarcia serca. W naszej rodzinie raz jest to zupełne wycofanie się z kontroli, innym razem uczestniczenie w twórczości internetowej.

About

You may also like...

Comments are closed.