Powołanie wymaga naszej ofiary

[…]

Słuchajcie głosu trójłapego choć z daleka,

Krew wsiąka w ziemię, strach zabija czas,

Słuchajcie bracia, wyje do was wilk – kaleka:

Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas!

I po dziś dzień naganiacz, strzelec czy kłusownik

Przyzwyczajony do czytania tropów map

Przez zęby mówi: Oto jest wilk wolny…

Kiedy na śniegu ujrzy ślady trojga łap!

Obława III

Autor / Wykonawca: Jacek Kaczmarski

Sen o przeszłości

Przebudziłem się. Było już widno za oknem. Spróbowałem zebrać myśli, żeby się określić w czasie i przestrzeni. Powoli układałem w głowie przerwany wieczorem życiorys i przeganiałem uczucia, które zostały mi w głowie i w sercu po nocnym koszmarze. Po długiej przerwie pojawił się znów ten irracjonalny sen.

Wracam w nim do czasu studiów. Już prawie je ukończyłem. Zaczynam życie poza uczelnią jako niezależny człowiek. Cieszę się, że obowiązki systematycznej nauki i zdawania egzaminów mam już za sobą. Największą ulgę przynosi mi zawsze ta świadomość, że już nie będę przed nikim musiał udowadniać kim jestem i co potrafię.

– Jestem wolny? Nie!

Okazuje się jednak, że nie wszystkie formalności mam jeszcze dopięte. Czasem jest to brakujący egzamin, czasem obrona pracy magisterskiej. Jestem więc zmuszony znów wrócić w mury uczelni i na chwilę stać się studentem. Przybieram wtedy na siebie wszystkie zmartwienia i troski tamtego życia. Znów czuję ciężar nauki, szczególnie języków obcych, które zawsze sprawiały mi trudność. Jestem sam, trochę pryszczaty, niepoukładany i samotny. Nie potrafię się wyrwać z wiążących mnie zobowiązań. W takim zwieszeniu pomiędzy światem młodości a dorosłości budzę się. Odtwarzam na nawo czas i miejsce, by dojść po raz kolejny, że wszystko ze mną w porządku.

Zastanawiała mnie irracjonalność tych nocnych fantazji. Nie mają one odzwierciedlenia w faktycznych wydarzeniach. Studia ukończyłem bardzo sprawnie i przed terminem. Zależało mi na utrzymaniu pracy i źródła dochodów. Zdobyłem ją jako kontynuację praktyk studenckich. Wspomnienia z egzaminu końcowego, jak i z pisania samej pracy magisterskiej mam również całkiem przyzwoite. Nie sprawiły mi one jakiś szczególnych trudności. Temat wybrałem sobie łatwy i nie wymagał on ode mnie zbyt dużo poświęcenia.

Tamtego poranka postanowiłem, że tym razem nie odpuszczę. Chcę dotrzeć do przyczyny. Skoro ten potwór po raz kolejny wypłynął z mojej podświadomości, to będę się z nim mocował tak długo, aż znajdę odpowiedź.

Przechowalnia staroci

Wcisnąłem się w otwór wejścia do niewielkiego pomieszczenia w naszym domu, które mieści się pomiędzy stropem korytarza a spadzistym dachem przybudówki. W przekroju ma ono kształt niewielkiego trójkąta prostokątnego więc można się po nim poruszać jedynie na czworakach. Tam wylądowały prawie wszystkie nasze rodzinne wspomnienia. Leżą w pudłach od czasu, kiedy wybudowaliśmy dom. I czekają.

Pod pierwszym wieczkiem znalazłem książki. Sporo z nich kupiłem w czasie studiów, część na początku pracy zawodowej. Przeglądałem okładki. Wróciły wspomnienia z sytuacji, w których postanowiłem je przeczytać i obietnice, które niosły ze sobą. Wiele w tym było niespełnionych planów, zaniechanych pomysłów. Ważne, ale w dalszym ciągu nie najważniejsze.

Przerzuciłem jeszcze kilka pudełek. Kolejne książki i trochę pozostałości z czasów budowy: puszki elektryczne, kontakty i bożonarodzeniowe ozdoby. Powoli zaczynałem się wycofywać i godzić z myślą, że to co już mam będzie musiało wystarczyć. Zostało jeszcze tylko jedno małe opakowanie. Zajrzałem do środka … i ścisnęło mnie w gardle. Przyjmowałem do wiadomości, że rozstanie, by było skuteczne, powinno boleć, ale żeby aż tak? W kącikach oczu poczułem wilgoć. Może sobie darować tą całą szopkę? Jest przecież dobrze, tak jak jest. Niczego udowadniać nie muszę i nikt się o mojej rezygnacji nie dowie.

Istniejemy jedynie teraz i nic po za tym nie istniej

Po tamtym poranku, który nastał zaraz po koszmarze nocnym, poszukiwanie odpowiedzi zajęło mi kilka dni. Początkowo założyłem, że męczą mnie wspomnienia spraw, których nie zakończyłem w młodości: nie wywiązałem się z obietnicy, nie przeprosiłem, nie wyjaśniłem swojego postępowania. Kilka lat temu nosiłem się nawet z zamiarem naprawienia tamtych błędów. Przygotowałem sobie listę spraw do uregulowania. Zapisałem kogo przeproszę, komu oddam co zabrałem, które zadanie dokończę. Odnajdę, zadzwonię i wyjaśnię, co wtedy miałem na myśli i dlaczego postąpiłem tak a nie inaczej. Nie doprowadziłem jednak tamtego pomysłu do końca. Po części przerastał mnie on, a po części nie byłem do końca przekonany czy w ogóle ma sens. Obawiałem się, że mogę zostać odebrany nie tak jakbym chciał. W końcu sytuacja, do której się odnosiłem, z punktu widzenia drugiej osoby, mogła wyglądać zupełnie inaczej. Do kilku zadań nie znalazłem też sensownego sposobu jakby można je było po tylu latach odkręcić. Czułem, że nie o to w tych „niedokończonych studiach” chodzi. Ostatecznie więc odkładałem to na kolejne dni, tygodnie i miesiące.

Faktycznie to kim jesteśmy i co robimy określa nas tylko w teraźniejszości. Przeszłość ma o tyle znaczenie, że dzięki niej jesteśmy takimi, jakimi jesteśmy. Podobnie jednak — jak przyszłość — nie istniej i nie można w niej nic zmienić. Życie w innym czasie niż tylko tu i teraz jest uciekaniem od życia. Jest karmieniem się złudzeniami. Robimy to, kiedy stale czekamy na moment, w którym wreszcie będzie nam w życiu dobrze. Wyglądamy dnia, w którym wyjdziemy na prostą. Nieokreślonego bliżej rozwiązania wszystkich niezałatwionych spraw. To w przyszłości. Gdy żyjemy przeszłością, to tęsknimy za pięknymi latami dzieciństwa, beztroski i czarno-białej oceny rzeczywistości. Marzymy o chwilach, gdy było wiadomo, co jest co i kto jest kim, a wybory były proste i oczywiste.

Kępińskiego postrzeganie siebie

Rozwiązanie zaczęło mi świtać, kiedy zestawiłem sobie mój wiek z obrazem samego siebie, jaki miałem. Odnosiłem się do siebie i postępowałem jakbym zatrzymał się gdzieś na początku trzydziestki. Zaliczałem się jeszcze do młodzieży, a jednocześnie korzystałem z przywilejów wieku dorosłego. Swój autorytet popierałem sporym doświadczeniem małżeńskim i zawodowym. Byłem kimś lepszym, trochę jak z ogłoszeń o pracy: młody z wieloletnim doświadczeniem. Rosnąca z biegiem lat rozbieżność pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością sprawiała, że potrzebowałem coraz częściej udowadniać przed sobą i przed innymi, że mam rację. Próbowałem dowodzić, że czterdzieści lat nie odcisnęło na mnie tego co na innych. Czułem się jednak niepewnie więc co jakiś czas konieczny był egzamin sprawdzający. Pozwalał mi on przekonać się, czy dalej jestem w formie. Takie testy jednak nie zawsze przechodziłem z sukcesem. Nie zaliczało go między innymi moje odbicie w lustrze. Zamiast coraz lepiej, było coraz gorzej: waga nie spadał, więcej zmarszczek i siwych włosów, z każdym rokiem trudniej było się pozbierać po nieprzespanych nocach i nadmiarze obowiązków. Uleciał też gdzieś młodzieńczy zapał do szukania nowego i do eksperymentowania.

Antoni Kępiński pierwszy dostrzegł tą rozbieżność pomiędzy tym kim jesteśmy dla otoczenia, a jak patrzymy na samych siebie. Obraz „wewnętrzny” jest wypadkową wyobrażeń, emocji, myśli, doświadczenia oraz spostrzeżeń na temat siebie i własnego ciała. Wpływa na niego również upływ czasu. Sami wobec siebie nie starzejemy się tak, jak pokazują to kolejne kartki z kalendarza. Różnice i niezgodności pomiędzy oboma obrazami występuje zawsze, jednak rozwój wewnętrznej dojrzałości sprawia, że stają się one coraz mniejsze.

Klucz do rozwiązania zagadki

Znalazłem wreszcie przyczynę: nie rozstałem się z przeszłością. Błędem było zakładanie, że coś w niej jestem w stanie zmienić. Nie potrzebuję niczego w niej naprawiać i względem innych wyjaśniać. Minęło czterdzieści lat i teraz pozostało już tylko zatrzaśnięcie na stałe drzwi, za które i tak nie byłem w stanie wejść. Uchylanie ich niczego mi nie przynosiło.

Diagnozę miałem. Teraz tylko pozostało szukanie sposobu, jak rozwiązać problem.

Wspomnienia ze starych fotografii

Usiadłem na brzegu łóżka i powoli otwarłem album ze zdjęciami. Większość z nich była poukładana chronologicznie w foliowych przegródkach. Kilka, tych z zakończenia liceum, wcisnąłem za okładkę w papierowej kopercie.

Pierwsze, jeszcze czarno-białe, przedstawiały dwu- trzyletnie dziecko, w różnym towarzystwie: z rodzicami, dziadkami, z bratem. Zapamiętałem szczególnie to, kiedy leżałem na skoszonej łące na kocu, a obok mnie siedział dziadek. Zmarł on już prawie trzydzieści lat temu. Mój kocyk zapadał się w suchej, skoszonej trawie, która go otulała. Przez chwilę zatrzymałem się na widoku łąki. Dlaczego wygląda jak puchowa pierzyna? Na kolejnej fotografii dziadek trzymał w ręce papierosa i nachylał się nade mną. Nie pamiętałem, by palił. Za to wózek rozpoznałem. Znaleźliśmy go kiedyś z bratem na strychu starego domu dziadków.

Przy okazji wyjaśniłem pewną zagadkę, która męczyła mnie od wielu lat. Z jakiegoś powodu kojarzyłem jak wyglądała droga do domu moich dziadków z czasów, kiedy byłem niemowlakiem. Gruntowa, pełna głębokich dziur, które wypełniały się wodą w czasie deszczowych dni. Gdy liczyłem lata wstecz, to wychodziło mi, że byłem zbyt mały, by takie szczegóły zapamiętać. Połączył mi się faktyczne wydarzenia, z tym co oglądałem na fotografiach w taki sposób, że nie byłem w stanie stwierdzić co z czego pochodziło.

Kolejne wspomnienia dotyczyły czasów przedszkolnych. Strój Mikołaja, w którym byłem przebrany. Panie przedszkolanki, które wtedy wyglądały jeszcze bardzo młodo. Kobiety pełne życia. Trafiłem na zdjęcie z przedszkolnego teatrzyku. Stałem w szarych rajtuzy, w golfie takiego samego koloru, a na głowie miałem naciągniętą maskę. Też prawdopodobnie zrobiona była z pozostałości po rajtuzach. Wycięte małe otworki na oczy, a na głowie sterczały przekrzywione królicze uszy. Ręce miałem skrzyżowane pod brzuchem. Otaczały mnie inne „zwierzęta”: bocian i chyba … sroka.

Potem przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej. Tak! Pamiętam ten wyróżniający się biały garnitur. Wszyscy moim koledzy mieli granatowe lub czarne. Szkoła podstawowa i zdjęcia z akademii szkolnych oraz imprez okolicznościowych.

Potem liceum. Utrwaliliśmy młodzieńcze wyczyny. Chcieliśmy udowodnić naszą odwagę więc wybraliśmy się o północy na cmentarz. Na okresie nastoletnim zdjęcia się kończyły. Z czasów studenckich pozostał mi już tylko indeks, a w nim zdjęcie z włosami do ramion i pryszcze na twarzy. Znalazłem też kilka zdjęć z wakacyjnych wypraw z dziewczyną, która później została moją żoną.

Pamiętnik o kształcie serca

Postanowiłem urządzić mojej historii pogrzeb. Jestem przekonany, że ból umierania i czyściec rodzą się z braku gotowości do porzucenia wszystkiego, co jest dla nas ważne. Z biegiem lat gromadzimy w sobie coraz więcej wspomnień, a wokół nich rośnie góra przedmiotów. Traktujemy to jako oczywisty dorobek istnienia. Domagamy się wobec niego szacunku, pielęgnujemy go w sobie i gloryfikujemy. Jeżeli jednak spojrzymy na to przez pryzmat śmierci, to zauważymy, że nie podziela ona w żaden sposób takiego podejścia. Niszczy nasze wartości bezwzględnie i nieodwracalnie. Przedsmak tego dają przełomowe wydarzenia. Pożar dorobku całego życia, śmierć najbliższej osoby, katastroficzne zjawiska w przyrodzie, które brutalnie unicestwiają wszystko, co cenne.

Jeżeli sami projektowalibyśmy takie wydarzenia, to pewnie pojawiłaby się w tym jakaś forma gradacji: to można zniszczyć, a to nie, bo to jest dla mnie świętością, z tym to będzie ciężko się rozstać, ale dam radę, ale tego absolutnie nie wolno dotknąć. Przychodzi jednak moment, który wyrywa wszystkie korzenie, zarówno te dobre jak i te złe.

Pierwszą propozycją, która miała mi pomóc w rozstaniu, było pozbycie się pamiętnika. Kilka tygodni wcześniej wrócił do mnie niespodziewanie z przepastnych archiwów moich rodziców. Zachowali go dla mnie na pamiątkę. Był w kształcie dużego, czerwonego serca. Strony w środku miały kolor różowy z łańcuszkami białych serc na brzegach. Wpisało się w nim kilkanaście osób. Koledzy i koleżanki z pierwszych trzech lat szkoły podstawowej, nauczycielki, kilka osób z rodziny. Przejrzałem je z uśmiechem. Wróciły na chwilę wspomnienia twarzy, choć w większości zostały we mnie już tylko nazwiska. Myślałem się, że z większym sentymentem będę wracał do tamtych dni.

Smutek przygotowań

Przygotowałem kartonowe opakowanie. Do niego wrzucałem wszystkie fotografie, które wyciągałem z albumu. Najpierw robiłem to ostrożnie, by nie uszkodzić folii. Potem jednak dotarło do mnie jak absurdalne jest to zajęcie w perspektywie tego, co zamierzałem z nimi zrobić. Zacząłem je wyrywać. Tak było szybciej. Przeźroczysta folia pękała przy każdym pociągnięciu. Zanim przerzuciłem kolejną stronę spojrzałem jeszcze na dwa rzędy pustych miejsc. Wyglądały jak oczodoły okien w ruinach budynków, które zniszczył czas lub wojna.

Do pożegnania się z przeszłością postanowiłem też zaprosić moich najbliższych: żonę i dzieci. We wprowadzaniu ich w przygotowania miały mi pomóc wybrane fotografie. Nawiązywały do z każdego kluczowego okresu w moim życiu. Odłożyłem niemowlaka na trawie, cudacznego zająca, pochód z napisem: „żegnaj przedszkole, witaj szkoło”, klasowe zdjęcie z podstawówki, biały garniturek ze świecą, klasę ze szkoły średniej, indeks i pamiętnik. Resztę zapakowałem do koperty.

Zawiesiłem jeszcze na chwilę wzrok na króliku. Zaśmiałem się na widok tego malucha z krzywymi nogami, ale po policzkach popłynęły mi dwie ogromne łzy. Znów zawahałem się na chwilę. Zacząłem sobie jednak wyobrażać, kim będę po rozstaniu. Pomogło mi to i nie rozkleiłem się do reszty.

Teraz ciągnie się za mną wór wspomnień. Są w nim te dobre, za którymi tęsknię, ale są również i takie, przez które patrzę na samego siebie. Są to jednak krzywe zwierciadła. Przeczuwałem, że nie ma sensu już grzebać w tym pakunku i łudzić się, że da się z niego wyciągnąć coś wartościowego. Trzeba pobiec do przodu, ale żeby to zrobić, najlepiej jest pozbyć się balastu. Wyobraziłem sobie więc wolność i to ona pomagała mi powstrzymywać nasilający się ból w sercu. Spodobało mi się też takie porównanie, w którym każde wspomnienie jest cieniutką nitką. Z nich mozolnie dzień po dniu utykamy sieć. Ze swojego dzieła jesteśmy coraz bardziej dumni. Ma ono jednak i drugie, ciemne oblicze. Staje się pułapką, która powstrzymuje nas przed rozwinięciem skrzydeł i opuszczeniem gniazda. Obudziła się we mnie ciekawość: co będzie potem? Stałem jednak dalej na krawędzi. Nie miałem pewności, że to co zamierzam jest dobre. Mogę przecież zniszczyć, sprawić sobie ból, tylko po to, by przekonać się, że nic się nie zmieniło. Do tego jeszcze zamierzałem włączyć w to przedstawienie dzieci.

Wydobycie z wody

Wyciągnąłem odłożone wcześniej zdjęcia. Oglądaliśmy je, a ja opowiadałem co przedstawiają. Najmłodsze z dzieci zaczęły się niecierpliwić. Przyspieszyłem nieco wspomnienia. Zauważyłem kątem oka jak starsze z ostrożnością traktują to, co oglądają. Zwracają uwagę, by nie uszkodzić pamiątek. Uświadomiłem sobie, że dla nich moja historia również ma znaczenie, choć była pewnie też w tym i ciekawość. Napłynął po raz kolejny ogromny żal i ścinał za gardło. Bardzo zabolało, ale już nie chciałem się wycofywać. Postanowiłem iść tylko w jedną stronę, pomimo tego, że docierało do mnie coraz mocniej jak wysoka jest cena.

Poprosiłem jednego z chłopaków o przeczytanie pierwszego fragmentu, który wcześniej przygotowałem:

„I poszedł chłopiec, a razem z nim anioł, a także i pies wyszedł z nim i podróżował razem z nimi. Tak podróżowali obaj i zastała ich pierwsza noc, i przenocowali nad rzeką Tygrys Chłopiec wszedł do rzeki Tygrys, aby umyć sobie nogi. Wtedy wynurzyła się z wody wielka ryba i chciała odgryźć nogę chłopca. Na to on krzyknął. A anioł rzekł chłopcu: «Uchwyć ją i nie puszczaj tej ryby!» I uchwycił chłopiec mocno rybę i wyciągnął ją na ląd. Wtedy powiedział mu znowu anioł: «Rozpłataj tę rybę i wyjmij z niej żółć, serce i wątrobę, i zostaw je przy sobie, a wnętrzności odrzuć! Żółć bowiem, serce i wątroba jej są pożytecznym lekarstwem». Młodzieniec rozpłatał rybę i położył razem żółć, serce i wątrobę. Część ryby upiekli i zjedli, a resztę z niej zachował zasoloną.”

[Tb, 6 1-5]

Rzeka to wszystko co nosimy w sobie. Jesteśmy zmianą. Na pytanie, czy da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, obie odpowiedź czyli „tak” i „nie” są błędne. Nie da się wejść nawet jeden raz. Nurt płynącej wody jest ciągle w ruchy i w każdym, nawet najmniejszym ułamku upływającego czasu, zmienia się. Tak samo jest z nami. Czy się rozwijamy i pracujemy nad sobą, czy też zaniedbujemy to i poddajemy się biegowi dnia, zmieniamy się. Każdego poranka jesteśmy kimś innymi niż byliśmy wczoraj.

W nurcie naszej podświadomości czają się jednak potwory. Są to wydarzenia z przeszłości, okoliczności i warunki, w których się urodziliśmy i dorastaliśmy. Co jakiś czas wypływają one na powierzchnię. Anioł poradził Tobiaszowi, by w takiej sytuacji zmierzył się ze swoją słabością a nie uciekał od niej. Dzięki tej walce mógł zdobyć klucz do dorosłości, zmienić się z chłopca w mężczyznę.

Trudne okoliczności rozstania

Okazja do rozstania nadarzyła się w tym samy dniu, w którym spakowałem swoje wspomnienia do kartonowej trumny. Była to niedziela, słoneczny, jesienny dzień. Jeden z ostatnich w tym roku więc, by to uczcić, postanowiliśmy zorganizować obiad przy ognisku. Silne podmuchy wiatru szybko rozdmuchały płomienie. Na niewielkim stoliku, wokół którego siedzieliśmy, stała sałatka z pomidorów, ogórków i zielonej sałaty. Nieopodal położyłem grubą księgę Pisma Świętego z zaznaczonymi fragmentami. Podkreślałem je różowym mazakiem, tak by nigdy nie udało się tego usunąć.

Dorzuciłem jeszcze kilka kawałków drewna. Miałem przed oczami obraz niedopalonych kartek, których ogień nie był w stanie pochłonąć, bo były zbyt ciasno upakowane. Sterczały z ogniska jak chichocząca czaszka z pustymi oczodołami. Walcząc o to, by taki scenariusz się nie zrealizował, przypaliłem w ten sposób kiełbasy, które piekliśmy nad ogniskiem. Odetchnąłem głęboko, by wyhamować myśli.

Ofiara została spalona

Poprosiłem o przeczytanie kolejnego fragmentu z Księgi Tobiasza.

„A kiedy skończyli jeść i pić, zapragnęli udać się na nocny spoczynek. Odprowadzono młodzieńca i przyprowadzono go do sypialni. Wtedy przypomniał sobie Tobiasz słowa Rafała, wyjął wątrobę i serce ryby z torby, w której je przechowywał, i położył na rozżarzonych węglach do kadzenia. Zapach ryby powstrzymał demona i uciekł aż on aż do Górnego Egiptu A Rafał poszedł za nim, związał go tam w oka mgnieniu i unieszkodliwił go. Rodzice wyszli i zamknęli drzwi od sypialni. Tobiasz podniósł się z łóżka i powiedział do niej: «Wstań, siostro, módlmy się i błagajmy Pana naszego, aby okazał nam miłosierdzie i ocalił nas» Wstała i ona i zaczęli się modlić i błagać, aby dostąpić ocalenia. I zaczęli tak mówić: …”

[Tb 8, 1-5]

Spakowałem wszystkie pamiątki, które krążyły wokół stołu, do koperty i powiedziałem:

– Postanowiłem dziś — tak jak ten Tobiasz — całej historii się pozbyć … całej historii. Zaraz po zakończeniu studiów ożeniłem się i w tamtym dniu … żyć zacząłem nie dla siebie ale dla mojej żony. Potrzebowałem jednak kolejnych prawie dwudziestu lat, by to zrozumieć. Moim powołaniem jest małżeństwo i dzieci, które się z niego urodziły. Od teraz tylko wy … jesteście moją historią i wam chciałbym oddać to kim jestem.

Odwróciłem się do ognia i położyłem na rozżarzonych kawałkach drewna wszystkie moje wspomnienia. Patrzyłem jako szybko się zajęły. Nawet jak bym zmienił zdanie, to było już za późno.

Nastała głucha cisza. Nie byłem w stanie już hamować łez i żalu. Dalej jednak nie miałem też odwagi pokazać moim najbliższym, że płaczę. Z pewnością się tego domyślili, ale potrzeba udawania męskości była silniejsza niż myślałem. Trwałem tak kilka minut z głową nienaturalnie odwróconą do ognia. Nie tylko mnie dopadło wzruszenie. Usłyszałem to. Próbowałem nie mrugać oczami, żeby się upewnić, że wszystko co miało spłonąć, spłonęło. W ten sposób też próbowałem powstrzymać wypływające łzy. Nie było innej możliwości jak przestać ze sobą walczyć i nie udawać dystansu i obojętności.

Ukryty sens ofiary

Zbierałem się kilka razy. Nabierałem powietrza w płuca, ale nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Czekałem dalej i słuchałem w ciszy smutku, który mi towarzyszył. Jakbym wiedział, że tak będzie to bolało… Jeszcze jedna próba pozbierania się. Poczekam.

Zdławiłem łzy w gardle i przestałem ukrywać, że płakałem. Podniosłem głowę i zacząłem czytać:

„Bądź uwielbiony, Boże ojców naszych, i niech będzie uwielbione imię Twoje na wieki przez wszystkie pokolenia! Niech Cię uwielbiają niebiosa i wszystkie Twoje stworzenia po wszystkie wieki. Tyś stworzył Adama, i stworzyłeś dla niego pomocną ostoję – Ewę, jego żonę, i z obojga powstał rodzaj ludzki.

I Ty rzekłeś: Nie jest dobrze być człowiekowi samemu, uczyńmy mu pomocnicę podobną do niego. A teraz nie dla rozpusty biorę tę siostrę moją za żonę, ale dla związku prawego. Okaż mnie i jej miłosierdzie i pozwól razem dożyć starości!» I powiedzieli kolejno: «Amen, …”

Przerwałem i poprosiłem moją żonę, by powtórzyła za mną:

– „…amen!” [Tb, 8, 5-8]

About

You may also like...

Comments are closed.