Skąd pochodzą nasze pragnienia i dalczego nie potrafimy na niektórymi z nich zapanować?

Zmiana sposobu życia uświadomiła mi skąd pochodzi większość moich pragnień i zachcianek. To, do czego doszedłem mocno zmieniło mój punkt widzenia na różnice między tym co robimy, a tym co chcielibyśmy robić.

Co innego chcę a co innego robię

Jeszcze do niedawana miałem problem, z którym nie za bardzo wiedziałem, jak sobie poradzić. Chodziło o nadmierne oczekiwania w stosunku do posiadanych środków finansowych. Niby nic w tym złego, ale w ten sposób regularnie doprowadzałem do sytuacji, w których kupowałem rzeczy, na które aktualnie brakowało mi pieniędzy. Żyłem nadzieją, że przyszłe dochody pomogą mi spłacić obecnie posiadany dług. Gdy pojawiały się dodatkowe pieniądze, to znów moje potrzeby wyprzedzały to, czym dysponowałem i tak zamiast spłacić poprzednie zobowiązania, fundowałem sobie kolejne gratyfikacje.

Po wielu takich próbach samooszukiwanie przestawało działać i powoli dochodziłem do finansowej ściany. Docierał do mnie absurd takiego postępowania. Rozwiązanie wydawało się proste. Wziąć się za pysk i przestać żyć ponad możliwości. Próbowałem raz, drugi i trzeci, za czwartym poległem. Znów postanowienie poprawy i raz, drugi i… tym razem zmiana, bo poległem za trzecim. Nie będę ciągnął dalej tej historii, bo pewnie doskonale znasz ten mechanizm: próbowanie i kolejne rozczarowania.

Rozwiązanie to nie tylko silne postanowienie poprawy

Pewna zmian, którą wprowadziłem w swoim życiu, pomogła mi zauważyć, że próby, które prowadziłem, przypominały ćwiczenia trzeźwości alkoholika przed pełną szklanką wódki. Właściwe pytanie w takiej sytuacji, to nie: „Czy wytrzyma?”, ale „Ile potrzebuje czasu żeby się poddać?” Dla mnie tym trunkiem, który wystawiał mnie na próbę, był świat mediów wszelkiego rodzaju. On napędza nasze potrzeby do takiego poziomu, powyżej którego przestajemy nad nimi panować.

To, że tak jest, to widziałem już od dawna, ale w swojej zarozumiałości wmawiałem sobie, że mnie to nie dotyczy. Żyłem w przekonaniu, że reklamy na mnie nie działają, że ich nie oglądam i w ogóle cała ta komercja mi wisi, bo jestem ponad nią.

Jeżeli nie zapychamy się światem innych zaczynamy żyć własnym

Od prawie dwóch lat nie korzystam z telewizji. Nie śledzę aktualnego życia politycznego i społecznego. Nie wiem co się dzieje, o czym rozmawia i co jest na topie. Dziś na przykład wchodząc do sklepu po zakupy dotarło do mnie, że jest przecież taka świecka tradycja, która każe „czuć magię świąt już od drugiego listopada”. Minął miesiąc, a ja ją zupełnie przegapiłem. I co? Jest mi z tym dobrze. Czekam ze świętowaniem na właściwy czas i już się niecierpliwię na spotkania z najbliższymi, choćby i przy pustym stole. Pozbyłem się tego ssania gdzieś w tyle głowy, że przecież powinienem się wynagrodzić w jakiś sposób za moją ciężką pracę, za trudne chwile, których mam na co dzień całe mnóstwo. Nie chodzę i nie szukam, bo mi się coś należy od życia. A co może lepiej ukoić te pragnienia jak nie kolejny zakup, nowa rzecz, którą się pocieszę przez chwilę?

Te mechanizmy nagradzania będą zawsze w nas i leżą one w tej części mózgu, której racjonalne myślenie nie dotyczy. Siła woli tutaj nic nie pomoże. Jedyny sposób to pozbyć się okazji, wtedy zaczniemy szukać nagrody w tym, co mamy koło siebie: w kontaktach z najbliższymi, w doskonaleniu swoich umiejętności, w odpoczynku, w radości dnia codziennego, w modlitwie.

 

About

You may also like...

Comments are closed.