Nie kocham dzieci. O marzeniach i pasji

Intrygowało mnie o przyczynę powodzenia lub niepowodzenia życiowych planów. Z wyzwań, których realizacji się podjąłem, są takie, które wyszły i osiągnąłem założone cele. Są też jednak i takie, które zakończyły się porażką. W osiągnięciach mam wyniki, które przepełniają mnie dumą i które przyniosły efekty na długie lata. Z drugiej strony mam doświadczenia nijakie, takie sobie, bez kornetów. Znalazłem odpowiedź!

Najpierw historia z happy endem

Jest zmyślona, ale prawdopodobna.

Jasiowi i Małgosi lata wczesnego dzieciństwa przyszło spędzać w lichej, zatęchłej chacie, położonej gdzieś na skraju lasu. Takie podłe miejsce zapomniane przez świat i ludzi. Matka zmarła przy porodzie Małgosi. Łatwo więc odgadnąć, że dziewczynka była młodsza. Jaś, ten starszy, nie winił jej jednak za to, co się stało. Zresztą niewiele pamiętał więc nie było czym karmić żalu.

Ojciec ich, poczciwy i pracowity człowiek, postarał się jednak o zastępstwo i ożenił się po raz drugi. Ciężko było po stracie pierwszej wybranki, bo ją tak po prostu i najzwyczajniej w świecie pokochał. Dom, który stworzyli razem, był pełen ciepła i miłości. Dbali o niego. Nie było w tej trosce nic wyjątkowego, żadnych fajerwerków, motywujących do działania lekcji i szkoleń. Każde z nich wkładało codziennie swoją cegiełkę albo podlewało i to co miało rosnąć, rosło. Przychodziły czasem trudniejsze dni, zresztą warunki życia na tej zatęchłej wsi ich nie rozpieszczały. Obojgu jednak zależało na tym co i jak robili więc konflikty rozwiązywali i wychodzili na prostą. Mijał dzień za dniem i przyszła ta najtrudniejsza chwila, której nie udało się już rozwiązać. Ojciec został sam.

Ojciec ponownie się żeni

Zrodziło się w nim marzenie. Już po śmierci, której był świadkiem i kiedy już uporał się z myślą, że pewne rzeczy minęły i nie da się do nich wrócić. To marzenie, to była chęć odtworzenia na nowo rodziny. Nie tak samo oczywiście, ale chciał powrócić do budowania na nowo relacji z drugą, dorosłą osobą. Długi czas chodził z tym pragnieniem i mierzył się z nim, rozważając za i przeciw. Wahał się. Raz był pewien swego, drugi raz wątpił i tracił wiarę w to, czy taki plan ma w ogóle jakiś sens. Wreszcie jednak się zdecydował. Poszuka innej kobiety i zrealizuje swoje marzenie o nowym domu i nowej rodzinie.

Długo to nie trwało. Teraz jednak, skoro lata młodości minęły już jakiś czas temu, obniżył swoje oczekiwania. Stwierdził, że najważniejsze jest by być z kimkolwiek. Chodzi przecież o zrealizowanie marzenia, a ono zakładało bycie z drugim człowiekiem. Zdecydował się na jakąś rozwódkę z drugiego końca wsi. Ona też była samotna i też chętnie przystała na propozycję. Mniejsza o jej cechy charakteru i o wygląd. Chociaż…? Tak, okazała się wredną macochą, która nie lubiła Jasia i Małgosi. Po tym jak się już kontrakt małżeński uleżał i przysechł na nim atrament, zaczęła otwarcie winić dzieci o trudną sytuację w domu. Z ich powodu brakowało pieniędzy, bo przecież trzeba było dać na książki, wycieczki, komitet rodzicielski i tak dalej. To przez nich podłoga w kuchni była zawsze brudna, a po kątach walały się zabawki. Wredna baba posunęła się nawet do tego, by wdrożyć w życie plan pozbyci się dzieci z domu.

Można by się w takiej sytuacji zapytać co na to mąż, który był ojcem tej dwójki maluchów? To zapytajmy! On skupił się na tym, by zrealizować swoje marzenia i ponownie się ożenić. Zrobił to i choć bolało, to co widział, podporządkował się. Powoli też, tłumacząc się przed sobą i dziećmi przystał do planów swojej, pożal się boże, małżonki. Tak urodził się „trzeci potomek”. Był to plan, by pod pozorem wycieczki do lasu i zbierania chrustu, zgubić dzieci. Miały wyjść z domu i nigdy do niego już nie wrócić.

Jaś i Małgosia odchodzą z domu

Jasiowi i Małgosi bardzo nie odpowiadało życie w nowym domu. Kochały swojego ojca, ale takim, jakim był kiedyś. Teraz, pod wpływem nowej kobiety, zmienił się zupełnie. Stał się cichy i podporządkowany. Rzucił się pełen chęci i zapału, bo znów mógł robić to, co tak bardzo pokochał i wyrżnął twarzą w mur porażki. Nawet patrząc pod światło na jego zmęczoną twarz, można się było dopatrzeć śladów tego uderzenia. A może to było tylko złudzenie? To co się wydarzyło wywarło bardzo duże wrażenie na dzieciach. Negatywne oczywiście. Zrodziła się w nich myśl, że żyć w takim domu i w takiej rodzinie to one nie będą.

Nie wiedziały jeszcze za bardzo, gdzie i jak chcą uciekać. Czasem też traciły kierunek i motywację. Dlatego też, kiedy pierwszy raz Macocha namówiła swojego męża, by wyprowadził dzieci do lasu, Jasiu uparł się, by rzucać za sobą kamienie. W ten sposób, kiedy zostali sami w lesie i nastał mrok, byli w stanie wrócić do źródła swoich cierpień. Kamyki były białe, a noc księżycowa więc świeciły one blado na ścieżce i wskazywały kierunek marszu. Macocha jednak nie dała za wygraną i zaaranżowała drugą próbę porzucenia. Tym razem Małgosia zadbała o powrót. Popełniła jednak błąd, bo zamiast kamieniami oznaczyła ścieżkę chlebem. Prawdopodobnie za tą pomyłką stała sama Macocha. Jak było na prawdę, to nie ma znaczenia, ważne, że wskazówki powrotu zwierzyna leśna potraktowała jako pokarm.

Szczęśliwe zakończenie

Jaś i Małgosia zostali więc sami w lesie bez możliwości powrotu. Ostatni most przez rzekę został spalony to znaczy zjedzony. Można było iść tylko do przodu. Mieli tylko marzenie o nowym, lepszym domu. Kiedy tak tkwili sami w ciemności zrodziła się w nich przemożna chęć, by wygrzebać się z tego, w co wdepnęli. Dalszy ciąg już znasz. Ich droga do realizacji planów prowadziła przez strach i cierpienie. Trafili do więzienia, gdzie byli głodzenia albo … tuczeni. Szantażowani, posunęli się nawet do morderstwa. Choć padło na starą, wredną babę, to jednak w dalszym ciągu był to człowiek. Można jedynie zgadywać, czy nie była to personifikacja ich traumatycznych przeżyć z domu rodzinnego. Po tym wszystkim jednak oboje żyli długo i szczęśliwie. Nie wiem, czy znaleźli sobie kogoś, to znaczy czy każde z nich wyszło za mąż lub się ożeniło, ale to już nie ma aż takiego znaczenia dla tej historii.

Rozwiązanie zagadki

Kluczem, którego szukałem do rozwiązania zagadki powodzenia w życiu Jasia i Małgosi a niepowodzenia ich ojca, jest rozróżnienie między pasją a marzeniami.

Wychowujemy z żoną pięcioro dzieci. Wielokrotnie już słyszeliśmy pozytywne opinie na temat tego jak sobie radzimy w ogarnięciu takiej licznej gromady. Ja sam też widzę, że mam wiele powodów do dumy. 31 grudnia 2017 roku skończyliśmy razem z Kasią projekt, którego efektem jest też tak historia. 365 zdjęć i artykułów. Żeby to zrealizować trzeba było nacisnąć spust aparatu ponad 14 tysięcy razy. Tylko nieliczne z nich przyniosły taki efekt, który warto było pokazać innym. Do napisania opublikowanych artykułów uderzyłem w klawiaturę 1,2 miliona razy i napisałem 150 tysięcy słów. Wiele z nich kasowałem, bo nie wyrażały tego, co chciałem przekazać.

Czy realizuję swoje marzenia wychowując dzieci? Czy jest nim codzienne stukanie w klawiaturę przez prawie dwie godziny? Nie! Nie jest moim marzeniem niekończąca się walka o mycie zębów, nieprzespane noce, zamartwianie się czy dobrze wychowuję czy nie. Jeżeli kochałbym tą pracę, to zostałbym wychowawcą w przedszkolu lub w szkole. Nie jest spełnieniem moich marzeń codzienne ślęczenie przy komputerze i szukanie tematów, które mogą być interesujące dla innych. Moim marzeniem jest mój pogrzeb, podczas którego trumnę będzie niosło pięciu wspaniałych mężczyzn. Moim marzeniem jest książka, która zmieniać będzie ludzi.

Pasja a marzenia

To, co mnie prowadzi do realizacji marzeń, to pasja. Ona karmi się marzeniami. Karmi się też tym, od czego chcemy uciec: wstydem, poczuciem porażki, biedą, bólem, strachem. Siadałem codziennie do pisania artykułów, bo wyobrażałem sobie chwilę, kiedy znajomym, będę musiał tłumaczyć, dlaczego odpuściłem. Czułem ten moment, w którym mówię: „No idzie, ale…”. Był w nim pełen wstydu i zażenowania. Uciekałem od myśli, w której straciłbym szansę, poddając się słabości w tym jednym dniu. Wszystkie mosty odwrotu zostały spalone już w styczniu, bo opowiadaliśmy na około z Kasią, jakie to wspaniałe wyzwanie razem podjęliśmy.

Morał, bo każda dobra bajka go powinna mieć

Na drodze do wielkich sukcesów stają równie wielkie mury. Przerastają one nasze możliwości wielokrotnie. Musimy się natrudzić i napracować, by je sforsować. Nie raz też spaść i się poobijać. One jednak nie są tam po to, by nam przeszkadzać. Stoją, by powstrzymać tych, którzy idą za nami.

About

You may also like...

Comments are closed.